Rajd do Boboszowa 2005

Magda Baranowska, Rajd do Boboszowa 2005
Mapka 2005Na początku wszyscy radośni ruszyliśmy w naszą wyprawę. W założeniu miał to być rajd ekstremalny, wszystkie potrzebne rzeczy przecież zapakowaliśmy do sakw, przytroczyliśmy do siodeł i ruszyliśmy w nieznane.
Odległość, gdy się jedzie samochodem może nie jest zbyt wielka, ale jednak z punktu widzenia jeźdźca sprawa wygląda trochę inaczej. Żeby dotrzeć do Boboszowa potrzebowaliśmy 2 dni. W tym czasie musieliśmy przejechać całe Góry Bystrzyckie, które nie należą do często odwiedzanych przez turystów. Zatem pierwszego dnia dość szybko pożegnaliśmy się z cywilizacją (tuż za Dusznikami) i wkroczyliśmy na bardziej „dziki” teren. Tego dnia może nie mogliśmy podziwiać zbyt wielu widoków, ale czy nie jest przyjemnie móc tak jechać przed siebie i obserwować świat z końskiego grzbietu?

Gdzieś na Pionierskiej Linii

Nocleg był zaplanowany w lesie, w związku z tym pod wieczór trzeba było odnaleźć dogodne miejsce dla nas, no i oczywiście dla koni. Natomiast w nocy ustaliliśmy wachty, żeby zawsze ktoś pilnował koni oraz ogniska, co szczególnie pamiętam, gdyż zgubienie latarki wcale nie ułatwiało dokładania do ognia i ognisko ciągle chciało zgasnąć.Obóz w Górach Bystrzyckich

Następnego dnia trasa była ciekawsza, więcej widoków, po drodze mijaliśmy też m.in. ruiny zamku Szczerba. Tuż za Przełęczą nad Porębą przejeżdżaliśmy za to przez wielką łąkę przypominającą jakby „dzikie pola”. Dzikie PolaSprawiała ona naprawdę niesamowite wrażenie: wielka przestrzeń i gdzieniegdzie pojawiające się pojedyncze, niewysokie drzewa. Gdy docieraliśmy już do Boboszowa i zauważyliśmy, że zaczyna padać drobny deszcz, stwierdziliśmy, że to odpowiedni moment, by założyć pałatki i sprawdzić, jak się prezentują. Nikt jednak nie wpadł na to, że tę „atrakcję” następnego dnia będziemy odbierać zupełnie inaczej.W Boboszowie

Różanka w padającym deszczuPoranek zaskoczył nas ulewnym deszczem. Ale to nas nie zniechęciło i ruszyliśmy w podróż powrotną. Nie był to łatwy dzień, bo przez cały dzień deszczu pałatki nie wytrzymały. Poza tym temperatura była dość niska, jak na wrzesień. Ale właśnie między innymi z tego powodu tego rajdu nigdy nie zapomnę.Stoki Jagodnej Po drodze okazało się też, że niektóre wiejskie sklepy w Polsce oferują koński McDrive – można zrobić zakupy nie schodząc z konia. Gdy ponownie wjechaliśmy na teren Gór Bystrzyckich mieliśmy dość nietypowe spotkanie, gdyż zagadnął nas pan jadący na rowerze – składaku i szukający po lesie 8 zagubionych klaczy. Ciekawe tylko, jak chciał je złapać? Niestety żadnych koni nie spotkaliśmy i nie mogliśmy mu pomóc.

Najtrudniejszym jednak momentem był początek ostatniego dnia, kiedy było zimno, w nocy nie mogliśmy wysuszyć naszych rzeczy, a trzeba było jechać dalej. Rano mieliśmy też małą niespodziankę: ogony Łaciatego i Kobry trochę się poskracały. A wszystko to za sprawą żarłocznej Komańczy, której najwyraźniej bardzo zasmakowały.

ChatkaGdy już jechaliśmy w stronę stajni i cel się zbliżał, z jednej strony chciałam już dotrzeć na miejsce, odpocząć i się rozgrzać, ale żal mi było, że wyprawa dobiega już końca, bo przez tyle godzin naprawdę zżyłam się z koniem. I nie da się tego w żaden sposób porównać do zwykłego terenu, czy jazdy na ujeżdżalni. Przez tak długi czas przyzwyczaiłam się do trochę niesfornej Komańczy, która dostarczała mi co jakiś czas atrakcji, jak np. zsunięcie się ze skarpy, ale z drugiej strony też uchroniła przed zostaniem na znaku drogowym, którego nie zauważyłam i na który chciałam wjechać.

Popas Pod sam koniec wyprawy ku naszej radości wyszło ponownie słońce i jak się potem okazało przez resztę miesiąca już raczej nie padało, a „mokre” dni rajdu były jednymi z nielicznych i najbardziej mokrymi tamtego września.