2018 2
Wrz
Split team

Ostatni tydzień wakacji spędziliśmy podzieleni na dwa zespoły. Zespół pierwszy, w składzie Gosia i Maciek, zajmował się wakacjowaniem nad Bałtykiem w Pogorzelicy i okolicach, z zakończeniem w Gdańsku:

Zespół drugi, w składzie: Kuba, Miśka i Dudek, zajmował się Stokrotką, przetwarzaniem śliwek i pomidorów oraz wycieczką w Broumovske Steny:

2018 9
Lip
Tam i z powrotem

A droga wiedzie w przód i w przód,
Choć się zaczęła tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę…
Znużone stopy depczą szlak –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę.

Na wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja! Ta myśl przyświecała nam przy planowaniu najdłuższych do tej pory, bo aż 10 dniowych stokrotkowych wakacji. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie Tomek, który zgodził się zostać z całym naszym inwentarzem (psy wyłączając) i za co mu z tego miejsca ponownie serdecznie dziękujemy!

A jak było? Intensywnie. 4 różne miejsca „na dłużej”, dużo dreptania, lasów, rzek i jezior, mało ludzi. Ale może po kolei…

28/29 czerwca. Wyjechaliśmy na noc. 3 kierowców, jeden śpi gdy dwóch czuwa, więc nie był to większy problem, choć do przejechania około 650km… Nawigacja pod sam koniec (od Drohiczyna) prowadzi nas po szutrowych drogach, ale bez problemu docieramy na miejsce o 7 rano. Gosia w Choroszczewie wita 🙂 Po średnio przespanej nocy cały dzień się obijamy, nie licząc zwiedzania posesji i wieczornej lekcji koszenia.

30 czerwca. Pojawia się propozycja odwiedzenia rodziców Michelle w Wiesce, 40km od miejsca, w którym jesteśmy. Ponieważ Miśka spędziła tam pół dzieciństwa i zna tam każdy kamyk, chce nas zabrać na długi spacer. Odpalamy maszynę i jedziemy. Na miejscu, po krótkiej socjalizacji, ruszamy w teren z psami. Lasy, łąki i Bug zajmują nam kilka godzin. Po szybkim obiedzie (z tego miejsca dziękujemy za gościnę!) ruszamy w drogę powrotną. A wieczorem jeszcze ognisko i integracja.

1 lipca. Znów wyprawa, tym razem do Mielnika, gdzie przeprawiamy się promem do Zabuża, a następnie wędrujemy nadbużańskimi lasami i łąkami. Potem powrót do Mielnika, wchodzimy jeszcze na Wzgórze Zamkowe i do kopalni kredy, a w drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Świętą Górę prawosławia – Grabarkę.

2 lipca. Dzień wita nas strugami deszczu. Za to na śniadanie marzenie każdego dziecka – naleśniki z lodami! (zostały z dnia poprzedniego, lodówkę trzeba wyłączyć, a zabrać nie bardzo się da) Żegnamy się z Gosią (baaardzo dziękujemy za gościnę!!!) i ruszamy do Białowieży. Pogoda nie jest łaskawa, więc decydujemy się najpierw zmoknąć, a potem suszyć. Czyli najpierw spacer na Dziedzinkę, a potem muzeum BPN i jakiś obiad. Ale nie chce przestać padać… Nocujemy na kempingu – miało być pod namiotem, ale udaje nam się wyżebrać mały pokoik, który zajmujemy dość szczelnie. Wieczorem deszcz słabnie, więc robimy szybki wypad na Szlak Dębów Królewskich gdzie widzimy jelenia.

3 lipca. Sytuacja deszczowa znośniejsza. Oglądamy rezerwat pokazowy żubrów i ruszamy dalej. Ponieważ Droga Narewkowska jest zamknięta, jedziemy do Narewki naokoło przez Hajnówkę. Zostawiamy samochód i dreptamy na Carską Tropinę – w sumie ~14km. Nie spotykamy żywej duszy (również zwierzęcej), jedynie ślady i świeżą kupę żubra. Późnym popołudniem wyruszamy dalej. Nawigacja wymyśla sobie drogę przez Augustów i powyżej, w pewnym momencie jesteśmy 30km od Suwałk, ale potem już na zachód i o zachodzie słońca lądujemy w Dobrej Woli nad jeziorem Szostak. Po rozbiciu obozu odwiedzamy Sylwię, zjadamy zupę a Miśka sprawdza wyniki matur – zdała 🙂

4 lipca. Rano pływamy w jeziorze i zapoznajemy się z jego fauną, a później odwiedzamy ponownie Sylwię i wybieramy się na spacer po okolicy. Korzystając z gościnności gotujemy obiad i żarcie dla psów, a potem wracamy do naszego obozu nad jeziorem, gdzie wieczorem odwiedza nas Sylwia i ogniskujemy.

5 lipca. Po porannym pływaniu i pożegnaniowej kawie wyjeżdżamy z Dobrej Woli (dziękujemy za miłe przyjęcie!) i kierujemy się na zachód. Naszym celem są Wilkiejmy koło Jezioran, gdzie czekają na nas Ela i Wojtek oraz ich liczny zwierzyniec. Docieramy koło drugiej, witamy się z gospodarzami, końmi, kotami, psami i kozami (Simoną i uratowanym z pożaru Popiołkiem). Integrujemy się trochę a potem wyruszamy na spacer nad jezioro.

6 lipca. W okolicy nie ma sensownego lasu! Po konsultacji z OpenStreetMaps decydujemy się jechać do Międzylesia i podreptać po ogromnym lesie z zatopionymi w nim jeziorami, w tym z bardzo ciekawym jeziorem dystroficznym Błotnik. Aparat został pod wiatą w Wilkiejmach, więc zdjęć brak 🙂 Po powrocie wrzucamy kajaki na przyczepę, przyczepę podpinamy do busa i całością zestawu (szkoda, że nie zmierzyliśmy długości…) wyruszamy nad jezioro. Wiosłujemy do samego zachodu słońca, a wieczorem partyjka Cytadeli 🙂

7 lipca. Zbyt gorąco, żeby robić coś sensownego. Rano odwiedzamy ekojarmark w Jezioranach, gdzie zaopatrujemy się w sery przeróżne i słuchamy plotek. Potem strugamy konie naszych gospodarzy, a na zakończenie jedziemy baaardzo terenową drogą nad jezioro. Ostatnie pływania ludzi i psów, ostatnie łowienia wodnych stworów i po pożegnaniu z gospodarzami (z tego miejsca dziękujemy serdecznie Eli i Wojtkowi za gościnę!) ruszamy do domu. 680km, rozkopany Olsztyn, Płock nocą itp. 60km od celu  nasz stokrotkobus odmawia posłuszeństwa i ostatni kawałek pokonujemy rozbici na dwie drużyny – jedna na lawecie, druga z Tomkiem, który nie zważając na wczesną porę przyjeżdża po nas do Niemczy.

8 lipca. Odsypiamy. Okazało się, że droga nad jezioro była zbyt terenowa i urwaliśmy silnik. Cud, że nie wypadł na drogę i przejechał jeszcze ponad 600km…

Powyższy opis sprawia wrażenie, jakbyśmy wszędzie biegali w ekspresowym tempie. W rzeczywistości było znacznie wolniej, spokojniej i bez spieszenia się gdziekolwiek…

2017 5
Lip
Stokrotka na wakacjach

I, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, zdarzyło się to powtórnie 🙂 Dzięki temu, że Lilianna i Tomek zgodzili się zaopiekować przez tydzień wszystkim co biega, lata i pływa, ma dwie albo cztery nogi (lub nie ma wcale…) wylądowaliśmy po całonocnej podróży ponownie nad Bałtykiem. W tym samym miejscu, za to w większej liczbie i z rowerkiem, który znaczącą zwiększył naszą mobilność.

W tym roku Bałtyk nie tylko przywitał nas wiatrem, ale w zasadzie wiało cały czas…

Co jednak nie przeszkadzało gonitwom plażowym 🙂

Korzystając ze zwiększonej mobilności wypożyczyliśmy rowery i wybraliśmy się na wycieczkę do Ekoparku Wschodniego (całe 15km w jedną stronę, ale najmniejszy rowerzysta nie miał problemów kondycyjnych)

Kolejne dni upłynęły pod znakiem pogody różnej – jak nie padało to wchodziliśmy (a przynajmniej niektórzy…) w bliższe kontakty z morzem:

Graliśmy też we frisbee i zaliczyliśmy oczywiście obowiązkową kolację przy zachodzącym słońcu.

A jeśli postanowiło padać, to odbywaliśmy wędrówki rowerowo-piesze…

Wybraliśmy się też plażą do Dźwirzyna – popatrzyliśmy na kitesurfing i załapaliśmy się na Festiwal Indii (dziewczyny mogły mieć zrobiony fachowy indyjski makijaż, ale zdecydowanie odmówiły…) oraz do Kołobrzegu – w zasadzie pospacerować.

Jak już padało tak, że nie dało się wyjść, skorzystaliśmy z okazji i nazbieranych przez Miśkę pokrzyw i zrobiliśmy pizzę:

I tak niepostrzeżenie upłynął tydzień i czas było się pożegnać… i z nową energią wrócić do Stokrotki, jako że nic-nie-robienie bardzo nas zmęczyło 🙂

 

2016 20
Sie
Papierowe skrzydła

Zamknięta w ciasnym świecie wznoszę się jak owad,
By wolność krótkiej chwili skrzydłami wyznaczyć,
Uwalniam lekkie myśli wśród przyziemnych obaw –
Są takie niezależne – wzlatują jak ptaki…
 A.M. Mróz

IMGP6573

2016 15
Sie
Domek na drzewie

Jeden z licznych projektów, które ciągnęły się i ciągnęły, aż w końcu znalazły swoje szczęśliwe zakończenie. Domek do drzewa jest wyłącznie przywiązany, żeby nie było, że orzechowi stała się jakaś krzywda 🙂

Na drabince

Całość

2016 8
Sie
The Duel

W obiektywie Maćka:

P7201403

P7201417a

2016 29
Lip
Raz na wozie, raz pod wozem

Ogród się rozrasta – nie da się zaprzeczyć.

Pojawiły się pierwsze cukinie – hm, właściwie, co kilka dni zbieramy pierwsze cukinie… Brakuje już nam pomysłów na ich przyrządzanie, a z kolei im więcej młodych zerwiemy, tym rośliny więcej produkują nowych.

 

Od czasu do czasu zbieramy męskie kwiaty cukinii i dynii – kolejny raz napiszę, że koniecznie trzeba ich spróbować smażonych z cebulą!

Ponadto do zbioru nadają się już (i są jak najbardziej zbierane i zjadane)  fasolka szparowa, bób, groszek, cebula, pomidory…

Pomidory… Pomidory to szlag trafił. A raczej zaraza. Ubiegłe upalne lato pozwoliło nam na niewyobrażalny zbiór – po wczorajszych porządkach w ziemiance okazało się, że mamy jeszcze około 15 słoików z przecierem pomidorowym, a nawet 2 słoiki z ketchupem ze śliwkami (wysoce pożądany!). Gdyby to lato było chociaż ciepłe, to zachowalibyśmy ciągły dostęp do pomidorów. A tak? Mimo przykrywania pomidorów przed deszczem, mimo pryskania roztworami z gnojówki pokrzywowej, drożdży czy wywarem ze skrzypu, zaraza.

Oczywiście, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i mogliśmy zrobić wieeele przetworów z zielonych pomidorów. Aczkolwiek lepsze są jednak z czerwonych, których w tym roku nie uświadczymy. Wyniesioną lekcję przekujemy w … szklarnię dla pomidorów.

Na pocieszenie po pomidorach i kurach, pozostaje nam piękny ogród.

2016 7
Lip
Seaside Story

To the Sea, to the Sea! The white gulls are crying,
The wind is blowing, and the white foam is flying.
West, west away, the round sun is falling.
Grey ship, grey ship, do you hear them calling,
The voices of my people that have gone before me?

J.R.R. Tolkien, Lord of the Rings

Tak się jakoś złożyło, że stała się rzecz niezwykła i to my wybraliśmy się na aż tak długo i tak daleko.

Powitanie morza

Kolejnego dnia obudził nas deszcz, więc wyruszyliśmy do Kołobrzegu, gdzie czekała na nas latarnia morska:

Zaraz potem zajrzeliśmy do mysiej nory, czyli udaliśmy się do Miasta Myszy:

A później włóczyliśmy się brzegami morza, żeby ostatecznie wylądować w Muzeum Oręża Polskiego i obejrzeć statki od środka:

Widok na molo

A wieczorem czekał nas jeszcze zachód słońca na plaży:

Zachód

Oczywiście w kolejne dni morza, plaży, muszelek, zamków i innych atrakcji nie zabrakło:

Czasem pogoda zmieniała się gwałtownie; kto nie zdążył uciec przed deszczem schował się pod… łódką 🙂

A potem znów zamki:

Zamki od morza

A na zakończenie rejs statkiem „z Kołobrzegu do Kołobrzegu”…

… i pożegnanie z morzem:

Duże fale

Tydzień nas nie było, ale już jesteśmy! 🙂

 

 

2015 4
Lis
Miejsce bez internetu

Jak pisałem ostatnio, utknęliśmy nieoczekiwanie na tydzień w tytułowym miejscu. Nie, nie tak zupełnie niespodziewanie – wyjazd w owo miejsce był jak najbardziej celowy. Podobnie jak ponad rok temu spotkaliśmy się bowiem w Parku w Grzegorzowicach na warsztatach kopytowych.

Niespodziewane było jedynie utknięcie… Początkowo nic nie zapowiadało nadchodzącego dramatu 😉 Droga przebiegała sprawnie, z kilkoma postojami w ładnych miejscach.

Aż tu nagle, po przejechaniu 400km i  30km przed osiągnięciem celu nasz pojazd odmówił posłuszeństwa. Na tyle skutecznie, że w Stajni w Parkui zabawiliśmy cały tydzień, choć to nie od razu stało się jasne.

Z pomocą dobrych dusz do Parku udało nam się dotrzeć porzuciwszy samochód gdzieś w Kielcach. Z wizją, że jednak w poniedziałek wracamy, rozpoczęliśmy weekendowe warsztaty (tzn. niektórzy się uczyli, a niektórzy byli skoncentrowani na paleniu liści 😉 ) wśród przepięknej jesieni…

Park

Oczywiście nie samą nauką człowiek żyje, był więc i czas na spacery, a wieczorami spotykaliśmy się przy kominku:

W poniedziałek okazało się, że nasze wakacje potrwają przynajmniej do środy, a najprawdopodobniej do czwartu. Mogliśmy więc oddać się bez reszty relaksowi: spacerom, oglądaniu kopyt, prowadzeniu jazd, robieniu jedzenia, pieczeniu, wieczornym rozmowom itp.

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. W czwartek wszystko było już naprawione i czas było opuścić Grzegorzowice… Dziękujemy Wam bardzo: Maju, Kubo i Danusiu, za ciepłe przyjęcie; na pewno jeszcze wrócimy, tym razem może bez konieczności psucia pojazdów 😉

P.S. Tam naprawdę nie ma internetu. Taki komórkowy jest w śladowych ilościach; tak śladowych, że nawet nie warto próbować go używać – frustracja gwarantowana.

P.S.S. Dziękuję Kubie za zdjęcia!

2014 20
Lip
Lato, lato wszędzie

Za dużo pisania, same zdjęcia muszą wystarczyć…