2015 18
Lis
Koniec zbiorów?

Kukurydza, dynia, fasola, pasternak, buraki i śliwki. Topinambur, marchewka, ziemniaki i czosnek. Jeżyny, maliny, cebula i zioła. Słonecznik, ogórecznik, jarmuż i brokuł. Ogórek… garniturek, czapka i sandały?

Jabłka. Na pewno jabłka.

Do wyboru do koloru.

Do wyboru do koloru.

Zjadane przez nas, Żywca i rozklikiwane koniom, przerabiane do słoików z myślą o zimowych szarlotkach i gorącej owsiance rano, czekające na planowany cydr jabłkowy.

A jabłka w słoikach, przeciery pomidorowe, keczupy śliwkowe, maliny, jeżyny, a nawet zeszłoroczne chutneye – to wszystko rozpycha ziemiankę i ugina półki. I piwo na dole, i wino porzeczkowe schowane z tyłu.

A na górze styropianowe pudła z piaskiem, burakami, marchewkami, topinamburem i pasternakiem.

A na koniec znak, że jesień już na dobre się rozgościła – Pimpuś pod dachem.

Przykład nieprawidłowego utrzymywania konia. Oddzielony od stada i samotny, niewychodzący na dwór, a na dodatek z nieograniczonym dostępem do jabłek obok, makucha lnianego pod i wysłodek buraczanych za!

Przykład nieprawidłowego utrzymywania konia. Oddzielony od stada i samotny, niewychodzący na dwór, a na dodatek z nieograniczonym dostępem do jabłek obok, makucha lnianego pod i wysłodek buraczanych za!

2015 13
Wrz
Kolej na przetwory!

Równolegle z odbywającą się późnoletnią serią warsztatów, w tak zwanym bardzo międzyczasie, tworzą się przetwory.

Na pierwszy ogień owocowy poszły śliwki, które z jednej strony (działki) są zarobaczone, a z drugiej całkiem ładne i w znaczącej ilości. Zostały przerobione nie tylko na powidła, ale też sukcesywnie wciąż i wciąż dodajemy je do pomidorów, ponieważ tworzą z nimi ładną parę w keczupach. Kiszonych śliwek w tym roku też nie zabrakło!

Korzystając z ładnej pogody pierwszą serię zrobiliśmy na dworze, z wędzonym posmakiem.

Z drugiej strony tarasu było ciut lżej.

Zupa śliwkowa.

I w 33 słoiki.

Co dwa-trzy dni porcja malinek zostaje zmiażdżona i zapasteryzowana. Zimą przydadzą się do porannej owsianki.

A jak jest chwila, to buraki liściowe idą na przerób. Już nie angażujemy pełni sił, jak w zeszłym roku. Nawet jarmuż poszedł się… kisić.

Pomidory nie na keczup i przecier spotyka los w zalewie octowej.

Obok siedziała Ingrid.

Obok siedziała Ingrid.

Przy malinach rosną miechunki – pierwszy zbiór został zjedzony, zostało tylko wspomnienie na tle czarnego bzu. Jeśli nigdy nie jedliście – poszukajcie i spróbujcie, niebo w gębie – różne smaki w jednym czasie.

Ze smutnych wieści susza wykończyła dynię makaronową, więc prawdopodobnie cały jej zbiór skończy się na wypełnionym dnie taczki. Na zdjęciu złapało się też kilka słoneczników, którym brak wody też dał w kość?… w łyko?

A na koniec możemy spać spokojnie, bo fasolki mamy co najmniej tyle (czyli co najmniej 800 sztuk), żeby w przyszłym roku było co wykiełkować, a zebraliśmy tylko część czyli już wyschnięte strąki.

Zdażył się biały ewenement!

Czas szykować się na jabłka, dynie, marchew, pasternak, buraki… Ech :).

 

2015 25
Sie
Zbiory czas zacząć!

Zaczęło się nieśmiało od kilku pomidorków, a teraz keczupy z cukinią i dynią leją się litrami, co zapewne zawdzięczamy wszechobecnej suszy, której nie lubi zaraza.

Przypadkiem odkryliśmy, że zasadzone ogórki nie zostały zjedzone przez wszędobylskie ślimaki i nawet obrodziły na tyle, że można, a nawet trzeba było je ukisić.

A pozbywając się znacznych objętości ogórecznika, który wyrósł dziko między rabatami i utrudniał nam życie, nie mogliśmy nie wykorzystać jego kwiatów – ze słonecznikiem stworzyły całkiem niezłe pesto.

Powoli zaczęliśmy zbierać też cebulę (a właściwie czosnek cebulę). Niektóre sztuki ledwo mieszczą się w dłoni – jedna wystarczy na obiad dla piątki.

Na czosnek pospolity także przyszedł czas. Udało się go upleść w tradycyjne warkocze, toteż powiesiliśmy go w szklarni (w tle dosuszają się nasiona jarmużu).

2015 2
Sie
Rakietowe gotowanie

Sucho, gorąco. Mnóstwo biomasy w postaci patyczków czy innych kawałków kory wala się gdzieś w okolicy ogniska. Można skompostować. Można też ekonomicznie spalić, bez dymu i oddając prawie całe ciepło garnkowi – czyli zbudować piec rakietowy.Piec rakietowy

Na początek krótka wprawka, czyli tzw. szwedzki palnik – piec rakietowy z rozrąbanego na 4 pieńka, który jest równocześnie piecem i paliwem:

DSCF5335

https://www.youtube.com/watch?v=OZOijvxI18E

Na jednym pieńku cały czajnik wody i garnek soczewicy na pasztet… Całkiem nieźle (a przy okazji jeszcze na ognisku włoskie sery…).

DSCF5337

Czas na właściwą konstrukcję. Po jakiejś budowie pozostały bloczki z suporexu. Beton komórkowy jest niezłym izolatorem, więc dłubiąc w nim kanał otrzymać powinniśmy całkiem niezły piec bez żadnych dodatkowych elementów.

Gotowa konstrukcja, czas rozpalać:

Paliwo w środku

Działa, można wdrożyć 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=u9zGemITc1w

2015 22
Lip
Słoneczna moc

Upał, słońce wysoko, niebo bezchmurne… Żal nie wykorzystać tych prawie 1000W/m². Pomysł kuchenki słonecznej zrodził się już w zeszłym roku, a wykonanie przypadło na teraz. Wybór padł na kuchenkę Robinsona, konstrukcję z reflektorem parabolicznym (prawie – przybliżona trójkątami) o powierzchni 0.75m². Sam reflektor z tektury falistej i folii aluminiowej mylar zawieszony jest na drewnianym stelażu. I to właściwie cała filozofia – do roboty! Dziewczyny zajęły się reflektorem, a ja stelażem:

Gotowe (prawie)

Czas na wstępne testy:

W międzyczasie powstaje drugi projekt, czyli słoneczny piekarnik. Tym razem konstrukcja autorska, luźno czerpiąca z różnych projektów. A zwłaszcza wykorzystująca to, że miałem do dyspozycji pudło izolowane pianką poliuretanową:

Niestety fotka całości tylko w parze z kuchenką Robinsona:

W całej okazałości

W końcu czas na poważne testy: piekarnik dostał termometr, a kuchenka robinsona garnuszek z 300ml wody i termometr.

Test niestety niedokończony z powodu nagłego pojawienia się chmur, ale pierwsze wnioski już są:

  • szyba w piekarniku musi być żaroodporna; osiągnęliśmy temperaturę maksymalną 160ºC ale już przy 120 szyba pękła piękną falistą linią…
  • klej w spray’u, którym kleiłem folię aluminiową do tektury jest do kitu; wszystko się odkleja
  • woda w na kuchence Robinsona osiągnęła 65ºC, po czym zaszło słońce…
  • wszystko wymaga dopracowania 🙂

2014 26
Gru
Kolędowy czas

Tak długo bez żadnego wpisu to chyba jeszcze nie było… Po przepełnionym wydarzeniami listopadzie przyszedł zupełnie niezimowy, tonący w błocie grudzień. I o czym tu pisać jak wszystko tonie w błocie? (Tak, wiem, mam zaległą opowieść o Trzech Siostrach… ale błoto nastraja depresyjnie i nic się nie chce)

W każdym razie wygląda na to, że z nastaniem Świąt zima powooooooli zaczyna sobie o nas przypominać. Ale Wigilia była całkowicie zupełnie niezimowa:

Skoro na dworze błoto, to czas do kuchni robić wigilijne potrawy. Tym razem całkowicie jarkowska (wszystkie składniki wyrosły w Stokrotkce) kombinacja z Trzech Sióstr:

  • kukurydza Hopi zmielona na … (no właśnie, na co? drobną śrutę, anglosasi nazywają to cormeal; nie jest to kaszka kukurydziana, bo sporo w tym bardzo drobnej mąki jak też większych kawałków) – 2 szklanki
  • średnia dynia Hokkaido, pokrojona w kostkę
  • fasolka Cherokee Trail of Tears – 1 szklanka namoczona na noc
  • 1/2 pora (zielone też!)
  • rozmaryn

Dynię gotujemy na parze na półmiękko, fasolkę w wodzie do miękkości. Teraz „ciasto” – zmieloną kukurydzę zalewamy 4 szklankami wody, dodajemy łyżeczkę soli (jedyny „niejarkowski” składnik) i na łaźni wodnej (w naszym przypadku metalowa miska na garnku z wodą) gotujemy do momentu kiedy zupka zacznie robić się sztywna 😉 co oznacza ok. 40-60 minut. W międzyczasie kroimy pora, podsmażamy na patelni z odrobiną rozmarynu, dodajemy dynię i fasolkę, smażymy chwilkę. Połowę „sztywnej zupki” rozsmarowujemy na natłuszczonej blaszce, na to wrzucamy dynię z fasolką i całą resztą po czym rozsmarowujemy na wierzchu resztę kukurydzy. Pieczemy 30 min w temperaturze 180 st.

(było super, znaczy należy wprowadzić do regularnego menu)

No a potem choinka…

Ale choinka!… i można świętować 🙂

Merry Christmas