2018 15
Sie
Summer nights

2018 9
Lip
Tam i z powrotem

A droga wiedzie w przód i w przód,
Choć się zaczęła tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę…
Znużone stopy depczą szlak –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę.

Na wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja! Ta myśl przyświecała nam przy planowaniu najdłuższych do tej pory, bo aż 10 dniowych stokrotkowych wakacji. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie Tomek, który zgodził się zostać z całym naszym inwentarzem (psy wyłączając) i za co mu z tego miejsca ponownie serdecznie dziękujemy!

A jak było? Intensywnie. 4 różne miejsca „na dłużej”, dużo dreptania, lasów, rzek i jezior, mało ludzi. Ale może po kolei…

28/29 czerwca. Wyjechaliśmy na noc. 3 kierowców, jeden śpi gdy dwóch czuwa, więc nie był to większy problem, choć do przejechania około 650km… Nawigacja pod sam koniec (od Drohiczyna) prowadzi nas po szutrowych drogach, ale bez problemu docieramy na miejsce o 7 rano. Gosia w Choroszczewie wita 🙂 Po średnio przespanej nocy cały dzień się obijamy, nie licząc zwiedzania posesji i wieczornej lekcji koszenia.

30 czerwca. Pojawia się propozycja odwiedzenia rodziców Michelle w Wiesce, 40km od miejsca, w którym jesteśmy. Ponieważ Miśka spędziła tam pół dzieciństwa i zna tam każdy kamyk, chce nas zabrać na długi spacer. Odpalamy maszynę i jedziemy. Na miejscu, po krótkiej socjalizacji, ruszamy w teren z psami. Lasy, łąki i Bug zajmują nam kilka godzin. Po szybkim obiedzie (z tego miejsca dziękujemy za gościnę!) ruszamy w drogę powrotną. A wieczorem jeszcze ognisko i integracja.

1 lipca. Znów wyprawa, tym razem do Mielnika, gdzie przeprawiamy się promem do Zabuża, a następnie wędrujemy nadbużańskimi lasami i łąkami. Potem powrót do Mielnika, wchodzimy jeszcze na Wzgórze Zamkowe i do kopalni kredy, a w drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Świętą Górę prawosławia – Grabarkę.

2 lipca. Dzień wita nas strugami deszczu. Za to na śniadanie marzenie każdego dziecka – naleśniki z lodami! (zostały z dnia poprzedniego, lodówkę trzeba wyłączyć, a zabrać nie bardzo się da) Żegnamy się z Gosią (baaardzo dziękujemy za gościnę!!!) i ruszamy do Białowieży. Pogoda nie jest łaskawa, więc decydujemy się najpierw zmoknąć, a potem suszyć. Czyli najpierw spacer na Dziedzinkę, a potem muzeum BPN i jakiś obiad. Ale nie chce przestać padać… Nocujemy na kempingu – miało być pod namiotem, ale udaje nam się wyżebrać mały pokoik, który zajmujemy dość szczelnie. Wieczorem deszcz słabnie, więc robimy szybki wypad na Szlak Dębów Królewskich gdzie widzimy jelenia.

3 lipca. Sytuacja deszczowa znośniejsza. Oglądamy rezerwat pokazowy żubrów i ruszamy dalej. Ponieważ Droga Narewkowska jest zamknięta, jedziemy do Narewki naokoło przez Hajnówkę. Zostawiamy samochód i dreptamy na Carską Tropinę – w sumie ~14km. Nie spotykamy żywej duszy (również zwierzęcej), jedynie ślady i świeżą kupę żubra. Późnym popołudniem wyruszamy dalej. Nawigacja wymyśla sobie drogę przez Augustów i powyżej, w pewnym momencie jesteśmy 30km od Suwałk, ale potem już na zachód i o zachodzie słońca lądujemy w Dobrej Woli nad jeziorem Szostak. Po rozbiciu obozu odwiedzamy Sylwię, zjadamy zupę a Miśka sprawdza wyniki matur – zdała 🙂

4 lipca. Rano pływamy w jeziorze i zapoznajemy się z jego fauną, a później odwiedzamy ponownie Sylwię i wybieramy się na spacer po okolicy. Korzystając z gościnności gotujemy obiad i żarcie dla psów, a potem wracamy do naszego obozu nad jeziorem, gdzie wieczorem odwiedza nas Sylwia i ogniskujemy.

5 lipca. Po porannym pływaniu i pożegnaniowej kawie wyjeżdżamy z Dobrej Woli (dziękujemy za miłe przyjęcie!) i kierujemy się na zachód. Naszym celem są Wilkiejmy koło Jezioran, gdzie czekają na nas Ela i Wojtek oraz ich liczny zwierzyniec. Docieramy koło drugiej, witamy się z gospodarzami, końmi, kotami, psami i kozami (Simoną i uratowanym z pożaru Popiołkiem). Integrujemy się trochę a potem wyruszamy na spacer nad jezioro.

6 lipca. W okolicy nie ma sensownego lasu! Po konsultacji z OpenStreetMaps decydujemy się jechać do Międzylesia i podreptać po ogromnym lesie z zatopionymi w nim jeziorami, w tym z bardzo ciekawym jeziorem dystroficznym Błotnik. Aparat został pod wiatą w Wilkiejmach, więc zdjęć brak 🙂 Po powrocie wrzucamy kajaki na przyczepę, przyczepę podpinamy do busa i całością zestawu (szkoda, że nie zmierzyliśmy długości…) wyruszamy nad jezioro. Wiosłujemy do samego zachodu słońca, a wieczorem partyjka Cytadeli 🙂

7 lipca. Zbyt gorąco, żeby robić coś sensownego. Rano odwiedzamy ekojarmark w Jezioranach, gdzie zaopatrujemy się w sery przeróżne i słuchamy plotek. Potem strugamy konie naszych gospodarzy, a na zakończenie jedziemy baaardzo terenową drogą nad jezioro. Ostatnie pływania ludzi i psów, ostatnie łowienia wodnych stworów i po pożegnaniu z gospodarzami (z tego miejsca dziękujemy serdecznie Eli i Wojtkowi za gościnę!) ruszamy do domu. 680km, rozkopany Olsztyn, Płock nocą itp. 60km od celu  nasz stokrotkobus odmawia posłuszeństwa i ostatni kawałek pokonujemy rozbici na dwie drużyny – jedna na lawecie, druga z Tomkiem, który nie zważając na wczesną porę przyjeżdża po nas do Niemczy.

8 lipca. Odsypiamy. Okazało się, że droga nad jezioro była zbyt terenowa i urwaliśmy silnik. Cud, że nie wypadł na drogę i przejechał jeszcze ponad 600km…

Powyższy opis sprawia wrażenie, jakbyśmy wszędzie biegali w ekspresowym tempie. W rzeczywistości było znacznie wolniej, spokojniej i bez spieszenia się gdziekolwiek…

2018 15
Cze
Wstąpił do piekieł, po drodze mu było

Jak to w powiedzeniu – średnio po drodze, bo przedreptaliśmy tym razem ok. 20km. Piekło (Peklo u Nového Města nad Metují) to rezerwat przyrody o powierzchni ponad 300ha znajdujący się pomiędzy Novým Městem nad Metují, Náchodem i Českou Čermnou u zbiegu rzek Metuje i Olešenky, które tworzą w tym miejscu głębokie ( ponad 200m! ) wąwozy porośnięte głównie lasem bukowym.

Nasza wędrówka do Piekła wyglądała tak (czerwone – tam, zielone – z powrotem):

Tuż nad Jarkowem natknęliśmy się na kwitnące lilie bulwkowate:

Następny etap wędrówki to Borova, a tam… konie, kozy i krowy, które oczywiście dopraszały się o zdjęcia 😉

Zaraz za wsią natknęliśmy się na jeden z licznych bunkrów:

A potem przez las i wkrótce dotarliśmy nad wąwóz Olešenki, gdzie niebieski szlak meandruje zboczami Koziego hřbetu…

… żeby w końcu zejść w dół, do rzeki, a wzdłuż niej do osady Piekło:

W Piekle 🙂

No i droga powrotna – mało urozmaicona, a poza tym rozładowała się  bateria w aparacie:

2018 23
Maj
W krainie kwitnących różaneczników

Koniec maja, kwitną różaneczniki. Kto chce zobaczyć ich najwięcej, powinien wybrać się do arboretum w Wojsławicach. My przymierzaliśmy się już kilka lat, ale że w maju warsztaty i dużo pracy w ogrodzie, to nigdy się nie udawało. Aż do teraz 🙂 3.5 godziny dreptania po wojsławickim arboretum nie wystarczyło, żeby zwiedzić wszystkie jego ścieżki, ale i tak zobaczyliśmy dużo. I pojedliśmy czereśni 😉 Zdjęć duuuuuużo, nie będę robił większej selekcji, kto chce niech ogląda – ale i tak zdecydowanie polecamy zobaczyć na żywo!

 

2018 17
Maj
Mozaika z gawronem

Historia zaczyna się dawno, bo nieżywy gawron, ochrzczony przez dzieci z Wrocławskiej Wolnej Szkoły MOZAIKA Przemysławem, został znaleziony jakoś jesienią. Po konsultacjach i negocjacjach został zamrożony i oczekiwał do momentu, kiedy Mozaika odwiedzi nas, żeby przekonać się, co gawron ma w środku.

Zanim jednak zajrzeliśmy do gawrona, trzeba się było wyszaleć po podróży i zapoznać z mieszkańcami Stokrotki:

Czas na gawrona, czyli prawdziwa sekcja, w której dzieciaki z wielkim zapałem uczestniczyły. Przy okazji opowiadaliśmy sobie sporo o anatomii ptaków i nie tylko.

Preparowanie bywa wyczerpujące, więc nie wszyscy dotrwali do końca 😉 Ale za to później opowiedzieliśmy trochę i pokazaliśmy co potrafią żywe ptaki:

No i niestety czas było się pożegnać, więc odprowadziliśmy Mozaikę wraz z końmi do Lewina… Dziękujemy wszystkim za odwiedziny, było super! 🙂

2018 15
Maj
Konie w szkolnej ławce

No może nie całkiem w ławce, ale na boisku. Na zaproszenie Biblioteki Gminnej i Zespołu Szkolno – Przedszkolnego w Lewinie Kłodzkim zjawiliśmy się na spotkaniu z dziećmi wraz z Malwą i Komańczą.

Dzieci wysłuchały opowieści o koniach, poznały ich umiejętności, zadawały nam pytania i każde mogło dotknąć, pogłaskać i przytulić każdą z klaczy. Dziewczyny zniosły to dzielnie, choć dzieci miały zdecydowaną przewagę liczebną 😉

Za zdjęcia pięknie dziękujemy pani Halinie !

2018 19
Mar
Spotkanie w bibliotece

W piątek spotkaliśmy się w czytelni kłodzkiej biblioteki na spotkaniu autorskim promującym „Partnerstwo doskonałe”. Choć pogoda nie zachęcała (powrót zimy), to na brak gości nie mogliśmy narzekać, dziękujemy wszystkim za przybycie 🙂

 

2018 18
Lut
Skalna zima

Zima taka dziwna – raz jest, raz jej nie ma. Tym razem trafiliśmy na moment, w którym była 😉 i wybraliśmy się w Teplickie Skały.

2018 10
Sty
Leniwy Nowy Rok

Czemu leniwy? A bo 10 dni już upłynęło niby, a na blogu żadnego wpisu nie ma… Pogoda jak w marcu: leje, tony błota, szaro, zimno i wilgotno. No ale 2018 się podobno zaczął, więc chociaż coś trzeba napisać.

Samego nadejścia owego nie świętowaliśmy jakoś specjalnie, bo i jaki jest sens świętowania losowego dnia zaczynającego źle obliczoną ilość lat od narodzenia Chrystusa? Sama data Nowego Roku jest dziełem przypadku. Słońce, ani układ planet Układu Słonecznego nie wysyłają żadnych sygnałów, że akurat 1 stycznia zachodzi przemiana nakazująca zmianę roku.
Do 153 r. p.n.e. nowy rzymski rok urzędowy zaczynał się w marcu (konkretnie w Idy marcowe, ok. 15), bo wtedy urzędy obejmowali rzymscy konsulowie. Ale w 153 r. p.n.e. wybuchło w Hiszpanii powstanie, trzeba było wysłać natychmiast wojska. Na czele wojska powinien był jednak stanąć przynajmniej jeden konsul. Do 15 marca brakowało prawie 4 miesięcy. Armia rzymska w Hiszpanii bez pomocy nie była w stanie tyle wytrzymać. Wyjście z sytuacji znalazł jeden z senatorów, który zaproponował, aby przyśpieszyć oficjalny początek roku wybierając konsulów wcześniej. Wybór padł na 1 stycznia, czyli Kalendae Januariae. Propozycję senatora przyjęto, łamiąc wielowiekową tradycję. Dlatego nowa data przyjmowała się z oporem. Dopiero Juliusz Cezar zadekretował obowiązek honorowania 1 stycznia jako początku roku, przy okazji reformy kalendarza (tzw. kalendarz juliański). Nowy Rok przyspieszono, ale nazwy miesięcy zostały:
September, czyli siódmy, jest dziś dziewiąty.
October, czyli ósmy, jest dziś dziesiąty.
November, czyli dziewiąty, jest dziś jedenasty.
December, czyli dziesiąty, jest dziś dwunasty.

A data też nie ta, bo Dionizjusz Mniejszy obliczając rok narodzenia Chrystusa pomylił się o ładnych parę lat.

Dobra, ponarzekałem. W każdym razie posiedzieliśmy z Lilianną i Tomkiem przy Dixit’cie a potem przy potrawach różnych, w tym atrakcji wieczoru pt. flaczki z mrożonych kani, które nam pół zamrażarki zajmowały (a dzięki temu już nie zajmują).

Przepis tu, tylko zamiast boczniaków kanie. No i szampan był, dwa razy. O naszej północy i o oficjalnej, bo trzeba było zwierzaków doglądać jak strzelali.

A rano jak to zwykle po imprezie… niektórzy obudzili się w towarzystwie nie tych, których się spodziewali 😉 …

A niektórzy wstali wcześnie i czochrali się z mrówkojadem 🙂

2017 30
Lis
Już 10 lat minęło…

… od kiedy wprowadziliśmy się do Jarkowa. Dokładnie 18 listopada 2007 po południu zameldowaliśmy się z końmi pod nr 14. Idealna rocznica wypadała w zeszłą sobotę, ale ponieważ część z nas była wtedy w Warszawie, imprezę rocznicową zaplanowaliśmy na ten weekend. Niestety na skutek różnych wypadków losowych nie wszystkim udało się dotrzeć, ale i tak było nas sporo 🙂 Zaczęliśmy od fotowspominków z pierwszych lat przeplatanych opowiadaniami i anegdotami z jarkowskich początków, a potem jedliśmy, piliśmy i rozmawialiśmy do późnej nocy…

A w niedzielę po śniadaniu wybraliśmy się na krótką przejażdżkę: