The making of, albo behind the scenes

Autorem posta jest Magda, stanowi kontynuację historii o krajkach.

Druga część planu stała się zwieńczeniem wspomnianych już wielokrotnie warsztatów, a także, jak to zwykle w przyrodzie bywa, pierwszej jego części. A wyglądać miało to tak. Wstajemy bladym świtem, kiedy wschodzące z wolna słońce maluje pospołu ze snującymi się strzępami mgły najpiękniejsze pejzaże – sielanka. Wlewamy w siebie kawę ku pokrzepieniu serc i uciesze umysłów, bierzemy kosy, sprzęt, stroje i wychodzimy na łąkę, gdzie czeka na nas zwilżona poranną rosą trawa. Na miejscu rozstawiamy wszystko sprawnie i przystępujemy do właściwego koszenia, śpiewania i nagrywania. Rzeczywistość, naturalną rzeczy koleją, niewiele miała z planem wspólnego.

Po pierwsze, poranek okazał się tworem, którego ani bladym, ani świtem nazwać nie szło. Padało. I nie żeby jakimś konkretnym deszczem. Raczej namacalną definicją mżawki. Z romantycznych mgieł i słońca malującego pejzaże też nic nie wyszło. A skoro już domyślaliśmy się, że taki stan rzeczy utrzyma się w najbliższych godzinach i niezależnie od tego czy pójdziemy o świcie, czy późniejszym rankiem, krajobraz będzie wyglądał tak samo, padło na drugą opcję.

Kiedy dotarliśmy już na miejsce, pojawiła się kwestia wyboru najlepszego planu i ujęć, co ostatecznie poskutkowało przywleczeniem i instalacją nieco abstrakcyjnie wyglądającej pośrodku łąki drabiny. Wszystko to pod czujną obserwacją stojących na sąsiedniej łące koni. W tym czasie, razem z Weroniką, zdążyłyśmy się już trochę wkosić i rozgrzać głosy. W końcu ustawiliśmy się na swoich pozycjach zwarci i gotowi. Weronika i ja jako kosiarki i ścieżka dźwiękowa, Stefan jako naczelny dźwiękowiec, asystent reżysera, asystent drabiny i koordynator do spraw BHP no i Kuba jako reżyser, kierownik produkcji, kierownik planu, scenarzysta, scenograf, operator kamery, kaskader, fotosista, catering, producent, dyżurny planu, dyrektor obsady i w ogóle.

Operator wszedł na drabinę, by stworzyć pierwsze, próbne ujęcie, kosiarka zaczęła kosić, ścieżka dźwiękowa (w osobie tejże kosiarki) zawyła i wtedy właśnie jedna z rączek kosy nie wytrzymała nerwowo i najzwyczajniej w świecie się złamała. Reżyser, z wysokości któregoś z ostatnich stopni zarządził cięcie, dyżurny planu zszedł z drabiny, po czym przy pomocy dostępnych i niedostępnych narzędzi sprawnie zreperował kosisko.

 

Dalej szło już łatwiej. Kosiarki kosiły, dźwiękowiec rejestrował, operator drabiny operował drabiną, a reżyser biegał po całym planie wraz z operatorem kamery, kierownikiem planu, kierownikiem produkcji, fotosistą, producentem, kaskaderem i montażystą, który przyplątał się nie wiedzieć skąd i zaczął snuć wizje dotyczące postprodukcji.

Krótko mówiąc, na planie zrobiło się tłoczno. Czteroosobowy tłok ostatecznie zgodnie uznał, że wystarczy. Catering dostarczył śniadanie i cała ekipa, z wyjątkiem fotosisty, który w końcu i tak dołączył, zasiadła do posiłku.

Wróciliśmy do domu z sieczką materiałów audiowizualnych, po czym okazało się, że ścieżkę dźwiękową wypadałoby nagrać ponownie, w warunkach studyjnych. To znaczy na łące. Poszliśmy zatem całą ekipą (choć nie natychmiast) i połowa zabrała się za nagrywanie, a połowa za koszenie. Tym razem czysto użytkowe. Po kilku podejściach ścieżka dźwiękowa została nagrana, więc i my przestałyśmy trwonić czas na sztukę i chwyciłyśmy za kosy.

Niedługo potem, dzięki staraniom montażysty (tak, to nadal Kuba) i po ciężkiej debacie na temat tytułu, film ujrzał światło dzienne. A więc, ladies & gentlemen, przed Wami (jeśli jeszcze nie widzieliście) „Iwanowa kośba”:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *