2015 28
Lip
Przepraszam, jestem kurczaczek!

Znalazłem się nie wiadomo skąd. Na środku podwórka. Piszczę bo co mam robić??? Jacyś wielcy mnie złapali i wsadzili mnie pod mamę (chyba nową? ale czy to ważne?).

Teraz jest już fajnie. Chodzę wszędzie z mamą. Grzebiemy sobie. Czasem coś nam rzucą albo pogłaszczą. Mama mnie broni. Wczoraj podziobała kota, któremu się chyba spodobałem. Mogę więc spać spokojnie…

Drzemka

2015 23
Lip
Spóźniony gwiazdkowy prezent

Pomysł na stworzenie zegara sięga jesieni zeszłego roku, kiedy to przedzierałam się przez wiele innych kiczowatych (moich własnych, rzecz jasna) pomysłów na stokrotkowy prezent.

Wybór padł na praktyczność, która w ferworze walki została zastąpiona fajnością – zaraz się przekonacie, w czym tkwi szkopuł.

Niestety – zmiana koloru farbami olejnymi spowodowała, że dokończenie go na czas stało się niemożliwe. I tak to zegar dojrzewał do wakacji.

Praktyczność. To nie mógł być zwykły zegar – i wcale nie chodzi o to, że jest dwudziestoczterogodzinny, co powoduje, że czytanie go jest dla nas na razie nieco kłopotliwe (godzinowa wskazówka sobie, a minutowa sobie). Musiał być fajny.

Fajność. Nic dodać, nic ująć:

Pół roku później.

Pół roku później.

Jeszcze tylko mechanizm.

Jeszcze tylko cyfry i mechanizm…

Iiii zawisł.

…iii zawisł.

2015 22
Lip
Słoneczna moc

Upał, słońce wysoko, niebo bezchmurne… Żal nie wykorzystać tych prawie 1000W/m². Pomysł kuchenki słonecznej zrodził się już w zeszłym roku, a wykonanie przypadło na teraz. Wybór padł na kuchenkę Robinsona, konstrukcję z reflektorem parabolicznym (prawie – przybliżona trójkątami) o powierzchni 0.75m². Sam reflektor z tektury falistej i folii aluminiowej mylar zawieszony jest na drewnianym stelażu. I to właściwie cała filozofia – do roboty! Dziewczyny zajęły się reflektorem, a ja stelażem:

Gotowe (prawie)

Czas na wstępne testy:

W międzyczasie powstaje drugi projekt, czyli słoneczny piekarnik. Tym razem konstrukcja autorska, luźno czerpiąca z różnych projektów. A zwłaszcza wykorzystująca to, że miałem do dyspozycji pudło izolowane pianką poliuretanową:

Niestety fotka całości tylko w parze z kuchenką Robinsona:

W całej okazałości

W końcu czas na poważne testy: piekarnik dostał termometr, a kuchenka robinsona garnuszek z 300ml wody i termometr.

Test niestety niedokończony z powodu nagłego pojawienia się chmur, ale pierwsze wnioski już są:

  • szyba w piekarniku musi być żaroodporna; osiągnęliśmy temperaturę maksymalną 160ºC ale już przy 120 szyba pękła piękną falistą linią…
  • klej w spray’u, którym kleiłem folię aluminiową do tektury jest do kitu; wszystko się odkleja
  • woda w na kuchence Robinsona osiągnęła 65ºC, po czym zaszło słońce…
  • wszystko wymaga dopracowania 🙂

2015 9
Lip
+35°C

2015 6
Lip
Rodzinna wizyta

Przyfrunął skądś. Chodził po padoku między kurami i końmi. Złapaliśmy bez większego problemu, nie miał siły latać. W klatce od razu zabrał się za jedzenie.

Ojej! Gość!
Posiłek dla wędrowcaZaobrączkowany. Nawet z numerem telefonu. Zadzwoniliśmy.

Obrączki

Właściciel nie był specjalnie zachwycony. Po jednego pół Polski jechał nie będzie. Wypuścić, może doleci. Albo wysłać. Ale adresu nie podał. A tymczasem nasz gość  wzbudził zainteresowanie…

Najadł się, odpoczął. Postanowiliśmy wypuścić…

Nie odleciał daleko. Siadł na orzechu i postanowił, że się stamtąd nie rusza. Wieczorem ściągnęliśmy go do klatki.

Posiedział dwa dni. Odpasł się. Odpoczął. Wypuściliśmy. Zatoczył trzy koła i odleciał…

Następnego dnia po południu wrócił. Usiadł na klatce i zażądał posiłku 🙂

Na stanowiskuI tak jest od kilku dni. Koło 2 po południu przylatuje. Siada na dachu obory, potem sfruwa na klatkę albo na padok. Zje, napije się, pokręci się trochę. I odlatuje. Czyżby miał zostać?

2015 3
Lip
Koszenia czas

Do zamknięcia naszych doświadczeń w posługiwaniu się kosą alpejską w formułę warsztatów droga okazała się być daleka. Po raz pierwszy myśl pojawiła się dwa lata temu, by później powracać od czasu do czasu. Ale, jak mówią, młyny Boże mielą powoli, ale dokładnie. W końcu nastał czas, kiedy nie można było tego już dłużej odwlekać: naciski oddolne były duże a trawa w końcu urosła… I tak oto w miniony weekend spotkaliśmy się na testowej wersji warsztatów o nieustalonej jeszcze nazwie, które przyciągnęły śmiałków żądnych zdobycia umiejętności posługiwania się tym owianym tajemnicą narzędziem.

Łatwo nie było: logistyka skomplikowana,  przygotowań dużo, a rezultat niepewny. Zrobić kosiska, wyklepać wszyskie porządne ostrza, przygotować ostrza do nauki klepania, zaplanować wszystkie zajęcia teoretyczne i praktyczne…

Przygotowania

Zaczęliśmy w sobotni poranek. Pogoda postanowiła nas postraszyć, więc na pierwszy kawałek teoretyczny (o ostrzach) schroniliśmy się w domu…

Plansza startowa :)

Później deszcz zniknął, więc mogliśmy przenieść się na podwórko i bez dalszych przeszkód kontynuować dywagacje o ostrzach…

… a następnie płynnie przejść do nauki klepania:

Jak już każdy postukał młotkiem i popsuł co było do popsucia, zarządziliśmy przerwę obiadową. O ile mnie pamięć nie myli posililiśmy się leczem warzywnym zmieszanym z dużą ilością Agnieszkowej jajecznicy i zapewne jakimś piwem z browaru w Broumovie.

A co może być lepszego po obiedzie niż spacer? Tym razem spacer figurował w planie zajęć, bo jego celem było znalezienie surowców do budowy kosiska.

A skoro surowce już mamy, to czas zabrać się za kosisko. Na ochotnika do przymiarek zgłosiła się Agata, a więc wyjedzie ze swoim kosiskiem. A na razie…

I tak w zasadzie skończyła się sobota. Wieczorem przy suto zastawionym stole obejrzeliśmy jeszcze kilka filmów o koszeniu, posłuchaliśmy kilku historii a potem grzecznie udaliśmy się na spoczynek.

A rankiem, po szybkim śniadaniu, od razu przystąpiliśmy do zajęć praktycznych. Podzieleni na pary szlifowaliśmy poszczególne elementy: na początku sam ruch, potem z kijem, wreszcie z założonym ostrzem, a całkiem na końcu wszystko to wzbogacone o kroki…  (filmiki są, ale trzeba je wydłubać, więc obiecuję uzupełnić później)

Koło południa krótka przerwa na lunch i…. TRAWA!!! (filmiki też będą)

Czas na trawkę

Piękny swing

Wszyscy spisali się znakomicie, jestem pod wrażeniem efektywności naszych metod szkoleniowych 😉 Na zakończenie jeszcze słów parę o bush blade…

I pomału się żegnamy! Niektórzy już przygotowują listę zakupów i śnią o skoszonych hektarach…

Sweet focia

2015 1
Lip
Suzanne Dziabka update

Pamiętacie sierotkę Suzie, która trafiła do nas w sierpniu ubiegłego roku?

Suzie rosła i rosła z dala od Jarkowa…

Uśmiech Jokera.

Uśmiech Jokera.

Po sterylizacji.

Po sterylizacji z oczami demona.

Aż stała się niezależną, buszującą w (prawie) zbożu, kotką…

Aj, bym zapomniała!

Kto jeszcze nie widział bijącego serca Suzie?

https://youtu.be/4stBwZVBblc