2014 27
Sie
Kopyta w parku

Chyba sierpień to już jakaś tradycyjna pora wyjeżdżania daleko. Tym razem 10 godzin we wspaniałym autobusie PKS Kłodzko do Kielc mało mnie nie zabiło, uratowały mnie tylko „Sensacje XX wieku. Po II wojnie światowej”, które w postaci audiobooka dzielnie towarzyszyły mi przez całą drogę. Kulisy powstania radzieckiej bomby atomowej, walka o schedę po Stalinie w ZSRR czy wreszcie wojna w Korei wciągnęły mnie do tego stopnia, że obrażenia w postaci poskręcanego kręgosłupa ujawniły się w całej rozciągłości dopiero następnego dnia…

Ale w ogóle gdzie i po co? Tak się jakoś złożyło, że nieopatrznie zgodziłem się na poprowadzenie warsztatów kopytowych w odległych Grzegorzowicach. No i nastał obiecany sierpień, a skoro słowo się rzekło, to i kobyłka u płota. Znaczy jak na razie w samochodzie relacji Kielce-Grzegorzowice 😉

„Stajnia w Parku”. Faktycznie, podworski park z imponującymi, ponad 400 letnimi dębami robi wrażenie. Stajnia wkomponowana w niego wygląda jakby zawsze tam stała.

Następnego dnia rano po śniadaniu i zwiedzaniu…

… trzeba się było zabrać do pracy:

Tą panią strugamyA po zajęciach i zasianowaniu koni spacer i oglądanie włości:

A wieczorem przy winie i muzyce odkrywałem niezaprzeczalne zalety krzesła brazylijskiego:

Odpoczynek dla kręgosłupa

W niedzielę znów cały dzień wypełniony zajęciami, tym razem aż do zmroku; później jeszcze oglądanie kopyt wszystkich 12 koni, długie nocne rozmowy i krótki sen – bo o 5.30 czas wyruszyć do Kielc.

Kolejne 10 godzin w autobusie załatwiło mój kręgosłup szyjny do reszty, ale dzięki towarzyszom podróży dowiedziałem się, że to wszystko wina Tuska oraz tego, że ludzie nie kupują „Gazety Polskiej”…

Ale nie ma co narzekać; było bardzo miło, organizatorom dziękuję i polecam się na przyszłość – tylko coś trzeba zrobić z tym PKSem…

2014 13
Sie
Hera, Koka, Hasz, LSD

Myśl dojrzewała długo i powoli. W trakcie jak dojrzewała, wiele dyń, kalarep, brokułów zginęło w żarłocznych paszczach pomrowów. A ponieważ Bill Mollison powiedział kiedyś „nie masz problemu ze ślimakami, masz po prostu za mało kaczek”, kaczki w końcu nadejść musiały…

Początki giną w pomroce dziejów… Trzeba by się cofnąć głęboko w przeszłość, prawdopodobnie aż tutaj, kiedy to powstały zręby tego, co w ostatnich dniach stało się stawem:

Jak widać w budowie wspierał nas przybyły z odsieczą Nieustraszony Jack. Oprócz wsparcia budowlanego przywiózł również zaopatrzenie, dzięki czemu nie pomarliśmy z głodu (a makaron jeść będziemy do końca życia…).

Jak wszystko było gotowe, pozostała kwestia teleportacji kaczek. Hera (kaczka) i LSD (kaczor) rasy biegus indyjski przyjechały wraz z Adą późnym sobotnim wieczorem z dalekiej Złotoryi. A następnego dnia rano rozpoczęły zwiedzanie swojej nowej siedziby:

Hera i LSD

Hasz i Koka dojadą w przyszłym tygodniu, transportem z Jarocina 😉

2014 7
Sie
Safari

Z wypraw wakacyjnych…

2014 4
Sie
Na przełaj

Pisać nie ma czasu, więc garstka zdjęć z naszego (prawie)codziennego włóczenia się…